Źle mi fizycznie, więc postanowiłam dobić się także pod względem psychicznym. Lifehouse „Everything” i od razu człowiekowi robi się szaro na sercu.
„And how can I stand here with you
And not be moved by you?
Would you tell me how could it be any better than this…”
Dlaczego większość piosenek o miłości jest smutna? Dlaczego mówi o uczuciu niespełnionym, niemożliwym do realizacji? Dobra, wiem. Takie utwory łatwiej się sprzedaje. Wszak – nie oszukujmy – więcej osób przeżywa miłość nieszczęśliwą niż szczęśliwą. Ale chyba każdy z nas, słuchając takich smętów chce wierzyć, że jego też spotka kiedyś uczucie jak z bajki; szczere, silne i odwzajemnione. I, co też ważne, wieczne. Ja także w to wierzę. Nie wstydzę się przyznać. Taka już ze mnie niepoprawna romantyczka. Pewnie się przez to nieraz przejadę w życiu, ale wiecie co? Dzięki takiemu poczuciu jakoś łatwiej się żyje.
Wróćmy do fizycznych niedogodności. Chyba będę chora, brat zaraził mnie przeziębieniem. Pragnę zaznaczyć, że jest to całkowicie nieuczciwe, gdyż to ON jeździł w deszczu na rowerze, a ja grzecznie się pilnowałam. I teraz przez wzgląd na wspólne zamieszkanie muszę dzielić z nim zarazki. I gdzie tu sprawiedliwość?! Pobolewa mnie głowa i gardło, a na dodatek cały dzień trzęsę się z zimna. Wiem, co mi doradzicie. Herbatka, do łóżeczka i przeleżeć. A figa! Jutro z samego rana muszę jechać do Biura Rekrutacyjnego na UW, załatwić wreszcie to zaświadczenie, że jestem finalistką olimpiady. Spod uniwersytetu pędzę do Romy (jutro kończy się rezerwacja i trzeba wykupić bilety), a potem na chwilę do domu, wyprowadzić psa na spacer i do koleżanki. Będziemy pisać scenariusz filmu, który zaczynami kręcić na początku czerwca. Jestem ogromnie ciekawa co z tego wyjdzie.
(zmiana repertuaru. Teraz leci Raz Dwa Trzy „Oczy tej małej”. Optymizm pełną gębą, co nie..?)
Łyknęłam jakieś proszki i mam nadzieję, że jutro będzie lepiej. Tak w ogóle, to muszę się pochwalić: skończyłam kolejne opowiadanie. Krótsze niż zwykle, zaledwie 50 stron w Wordzie, ale jestem z niego dość zadowolona. Zwłaszcza z ostatniego rozdziału, który ma aż 6 stron. Chciałam go jakoś podzielić, ale okazało się to absolutnie niewykonalne, gdyż zaburzyłoby to kompozycję i unicestwiło mój zamysł (zakładający choć częściowe zaskoczenie czytelnika). Ciekawe czy kiedyś choć jedna z moich prac ujrzy światło dzienne. Nie marzę o wydaniu książki, chyba musi mi wystarczyć publikowanie w internecie. Zresztą, to naprawdę wiele, komentarze moich stałych czytelników znaczą dla mnie najprawdę wiele. Szkoda tylko, że ostatnimi czasy ich grono jakoś się uszczupliło
obowiązki? A może to ja zaczęłam przynudzać? Nie mnie to oceniać…